iustitia said…

Jeden z miliona blogów w tym paskudnym internecie

Negatywne ja. 11 Maj 2010

Filed under: codzienność,cytaty — despairriddenheart @ 12:20

Hm, piszę bardzo bardzo kontekstowo tą notkę, gdyż słysząc, że można się mnie bać, czytając to co piszę, to aż strach pisać cokolwiek.

Rozdzielmy kilka spraw. Moja “twórczość” (chociaż to pewnie za duże słowo) jest opisem wszystkiego tego co mnie gryzie, smutków, przemyśleń, kryzysów i załamań, których mam sporo. Ale nie jest to całe moje życie. Nie wiem czy da sie określić jak dużą część życia stanowią właśnie takie sprawy. Czasowo pewnie nie tak dużo, ale właśnie na tym opiera się cała reszta. Reszta, która jest definitywnie inna. Reszta, która lubi tworzyć, śmiać się, robić różne rzeczy, odkrywać świat, cieszyć się nim i tym co otacza.

Nie jestem optymistką, ale nie jestem też 100% pesymistką. Moja szklanka jest definitywnie o połowę za duża, a nie pół-pełno-pusta.

Można człowieka ocenić po tym co robi, ale nie można go po tym poznać w 100%. Nie da się poznać człowieka po jego zainteresowaniach, pasjach, po jego dziełach. Można wiele się o nim dowiedzieć, ale nie daje to bezpośredniego wglądu w jego osobę, którą poznaje się przede wszystkim w codziennych sytuacjach. Sytuacjach żadnych. Kontekstowych, ale płytkich, gdzie nie ma wzniosłości i patetyzmu. Gdzie jest jakaś tam czysta cząstka osoby.

Zastanawiam się poważnie, czy w przypadku osoby takiej jak ja, która najsilniej przeżywa chwile depresji, terapia niszcząca depresję nie może zniszczyć intensywności [przeżywania] – co byłoby rozpaczliwym lekarstwem

Edward Thomas

I podpisuję się pod tym zupełnie. Akceptując cząstkę siebie, która chce mieć trochę samotności, trochę swojego smutku, który pozwala spojrzeć na świat inaczej, pozwala go odczuwać w zupełnie inny sposób, można osiągnąć jaką taką stabilność. Przede wszystkim można pozwolić sobie na radość w innym wymiarze nic nie tracąc z siebie. Akceptując niemożliwość osiągnięcia zupełnego i wiecznego szczęścia, można stać się szczęśliwym w znacznie większym zakresem.

Rzekłam.

 

3 Maj 2010

Filed under: Uncategorized — despairriddenheart @ 22:23

Posiadanie nadziei jest jednym z najgorszych form cierpienia. Wykrwawianie się nadaremno, po nic, w przegranej niemal sprawie, ale jeszcze nie chce się odpuścić. Ale… Bez nadziei – iść całe życie zrezygnowanym, z opuszczoną głową? Czy ciągle chwytać powietrze, rozglądać się, bo może to dziś może ten moment rozświetli życie na nowo, może poranny promień słońca przyniesie szczęście.

“Szczęście, jakie to trywialne”.

Nie umiem tak naprawdę dobrze pisać. Tkwi w tym jakiś nieokiełznany chaos. Ale cóż, w mojej głowie wiele myśli tkwi niewysłowionych, neisformułowanych, nie zgwałconych przez próby wciśnięcia w gotowe słów formułki.

Życie. Tak bardzo chciałabym wierzyć, że jest po coś. Że do czegoś tam zmierzamy. Z tego strachu przed prawdopodobną odpowiedzią, że nie, wymyślam pseudofilozofie własne. Całokształtnie próby na siłę określenie sensu przypomnają ratowanie idei flogistonu przez uczonych w dawnych czasach…

Są marzenia, któych nie urzeczywistnię ze strachu. A strach jest akurat niezdefiniowany w tym momencie. Bo niby przed czym? Przed nowością, zmianą pozorną?

Nie umiem żyć w społeczeństwie. Nie umiem utrzymać ludzi przy sobie. Nie umiem z nimi rozmawiać. Nie mam ochoty żyć w społeczeństwie.

 

Cytaty 1 Maj 2010

Filed under: cytaty,φιλοσοφία — despairriddenheart @ 19:48

Dimitri: Ostatnio męczy mnie pewna rzecz, Tasso.
Tasso: Co takiego?
Dimitri: Jakie jest znaczenie tego wszystkiego, co mnie otacza?
Tasso: A czego konkretnie?
Dimitri: No wiesz, życia, śmierci, miłości – całego tego świata.
Tasso: A skąd przypuszczenie, że cokolwiek ma jakieś znaczenie?
Dimitri: No bo musi. Inaczej życie byłoby…
Tasso: No czym?
Dimitri: Chyba napiję się ouzo.

 

Cytaty 28 Kwiecień 2010

Filed under: cytaty — despairriddenheart @ 21:28

Pisanie jest formą terapii. Czasami zastanawiam się, jak wszystkim tym, którzy nie piszą, udaje się uniknąć szaleństwa, melancholii, panicznego strachu trwale zakorzenionych w ludzkiej kondycji.

Graham Greene

 

Eet. 9 Kwiecień 2010

Filed under: Uncategorized — despairriddenheart @ 17:53

Hm, dzieją się chwilami rzeczy absurdalne i ani nie chce mi się o tym już opowiadać. Może to moje roztargnienie, może mój charakter, może sposób życia, sprowadzają na mnie sytuacje, na które patrząc z boku są śmieszne z mojej za to perspektywy czuję się w nich trochę zażenowana. Żen tak zwany. He.

Hm 2, dezorganizacja mojego życia jest w sumie nawet ciekawa i dość wyrywa mnie z bolesnych przemyśleń nad własną egzystencją. Żyję po prostu, przynajmniej póki co, pewnie długo tego nie wytrzymam, ale póki co mnie, przynajmniej wnioski tego typu, nie gryzą.

Za to gryzie mnie samotność w innym wydaniu. Może sama sobie ją w jakimś stopniu zapewniam, ale dla każdego jestem miłą znajomą z daleka, zabawką na wolną chwilę. Nikt nie nadąża za mną, nie inspiruje mnie do szpiku kości, nie zachwyca mnie i nie jest w stanie przeskoczyć wysoko postawionej poprzeczki zarazem. Może to na własne życzenie, a może to wynik różnych przetasowań w moim życiu.

Hm. Muzyka sprawia, że w każdym miejscu i czasie czuję się niezwykle, że wszystko wydaje się inne i odległe, że mam swój własny świat cudów choćby na chwilę.

 

Paranoja jest goła. 30 Marzec 2010

Filed under: Uncategorized — despairriddenheart @ 23:08

Rzeczy niestabilne są z natury nieprzydatne. Tu się wahnie, tam przewróci. Nie można temu zaufać. Poza tym ciągłe zmiany męczą, dają poczucie bezcelowości i chaosu, ale zapobiec zmianom nie można, bo zatrzymanie jest jeszcze gorsze, bo siła nie znajduje żadnego ujścia, kumuluje się i wyrządza zło.

Czuję, że życie mnie omija, że jądro i esencja świata jest poza zasięgiem. Poza tym ciągle przewartościowuję swój świat i wszystko w nim przestawiam, bo okazuje się, że wszystko jest źle i niewłaściwie. Nie ma harmonii, przynajmniej trwałej. Może nie może jej być.

Zdarzają się chwile kiedy myślenie przenosi mnie na biegun przeciwny do wszystkiego co ma sens. Spojrzenie z kosmosu dołuje mnie bardziej niż wzmacnia. Budzę się w nocy i myślę o ubóstwie na świecie, o sobie jako punkcie przestrzeni, zapytuję siebie co znaczy, że jestem tu i leżę w łóżku i czy to nie dziwne. Wszystko jest dziwne i zastanawiające. Jestem gdzieś z boku i się dziwię. Niesamowicie mnie to wkurwia.

Nie ma absolutnie żadnej rzeczy na której bym się mogła oprzeć. Nauce nie ufam, sfera niematerialna, wzniosła, większa, lepsza, czy choćby humanistyczna i ludzka, zawierają w sobie tak istotne braki u podstaw, że nie, nie zaufam niczemu. Nauka która napotyka bariery, ludzie statystyczni i poddający się manipulacją (w siebie w to włączam w 100%), piękno i estetyka – o dupę rozbić, nic z tego nie ma tylko pozory i ułuda, literatura, sztuka, muzyka i matematyka – wszystko pięknie, nawet to może tworzyć jakąś pseudologiczną pseudocałość, ale całokształtnie i tak jest malusie i nic nie wnosi, bo z perspektywy kosmosu nic nie zmienia.

Po co komu takie myślenie? No po co? A ja nie umiem bez tego żyć. No kurwa.

 

Jestem nudziarą. 19 Marzec 2010

Filed under: codzienność,muzyka — despairriddenheart @ 19:46

Tyle razy otwierałam to okienko, żeby coś napisać, ale jakoś nie udało mi się to. Tak jakby jeszcze nie wykiełkowało wystarczająco dużo myśli do spisania. Albo jakby to było nieodpowiednie.

Moje życie jest dość standardowe ostatnimi czasy. Urozmaicam sobie go jak mogę, to chyba weszło mi w krew. Zawsze jest coś. Czas mnie nie boli. Jego upływ mnie nie irytuje. Odzyskałam takie poczucie, że moje życie dalej ma taką niepoznawalną dla większości tajemnicę, która dla mnie samej nie jest zbyt jasna do określenia. Bardziej wyczuwalna niż, żebym ją faktycznie znała.

Czytam książkę i mnie nudzi. Pewnie jest ciekawa, ale nie w tym momencie mojego życia. Czytam ją i myślę, że ona nic nie zmieni. Jakkolwiek się nie zakończy, jakby nie była pouczająca to i tak będzie mi czegoś brakować. Przeczytam, oddam, stwierdzę, że to nie to. Zresztą irytuje mnie w wielu książkach takie nadęte przekonanie, że posiadają niesamowitą i niepodważalną prawdę. Tak jakby ta w ogóle istniała niezmiennie i niezaprzeczalnie. Prawdy są zmienne i wiele rzeczy potrzebuje czasu, żeby do nas (mnie) dotrzeć. Czasem bywam głupia przez długi czas i mimo, że się o coś niemal potknę to tego nie zauważę.

Znów czuję jakbym omijała jakiś istotny temat, który i tak jest niewyrażalny. Jaki by ten blog nie był, nigdy nie czuję pełnej wolności słowa. Jakbym go nie pisała, to i tak to co mnie gryzie najgłębiej muszę zaowalować tak, by nie było wykrywalne dla niepowołanych osób. I to jest paradoksalne, bo czasem to nawet by nikogo chyba nie uraziło, że o nim piszę, ale nie lubię mieszać rzeczywistości ze śmietnikiem.

Aha – przepraszam wszystkich, którzy to czytają, za nazwanie tego miejsca śmietnikiem, bo to trochę jest nie w porządku. Ok, określenie nie jest najlepsze. Jest to po prostu miejsce, gdzie wyrzucam z siebie wszelkie myśli nie mieszczące się w głowie. Myślodsiewnia. Może być?

Hm. Cóż. Przechodząc do sedna sprawy… Znów coś ryzykuję, znów żyję w ten sam sposób. Powielam schematy, by udowodnić, że tym razem się nie pomylę. Taką widocznie mam naturę. W ten sposób się rozwijam. To źle? I jest znów jakoś tam nietrywialnie i niebanalnie. Znów życie nabiera trochę innej barwy. Może tak jest lepiej, może najlepiej. A może lepiej wszystkie plany zostawiać w sferze marzeń, bo wtedy nigdy się nie poparzę? Cóż, “Takie oszustwo? Nigdy!”.

Aha, no i niepostrzeżenie minął rok od założenia tego bloga.

A wiecie, że muzyka ma zapach?

I co poradzę na to, że urodziłam się, żeby słuchać Porcupine Tree.

 

Proza życia 10 Marzec 2010

Filed under: codzienność — despairriddenheart @ 11:04

Zatem dobrze.

Minęło trochę czasu, kiedy to czasu nie miałam. I jest to o tyle radosne co nie radosne. Pochłonęło mnie trochę rzeczy, życie towarzyskie także. Nawet ja jakieś tam mam. Najdziwniejsze jest to, że wydaje mi się, że jakbym się nie starała to i tak nie mogę na dłuższą metę znieść ludzi. Niby wszystko ok, ale gdy muszę ich codzień widzieć, to mi już jest gorzej. A przecież nic z tym nadzwyczajnego. Gdybym była bardziej stabilna emocjonalnie pewnie bym była w stanie jakoś się do tego odnieść inaczej.

Ogólnie – jest kilka jakichś nowych pomysłów w moim życiu. Nie dużych i ogromnych planów, ale takich małych celików do których sobie postanowiłam dotrzeć. I to jest dobre. Patrzę nawet na maluteńkie sukcesy, które mam po drodze i zaczynam się uczyć nimi cieszyć. A u mnie to trudne, bo zwykle przywiązuję wagę do porażek i to o nich myślę duuużo.

Nie jest idealnie. Mam podły charakter, który raz na jakiś czas powie mi, że całe życie jest paskudne, że to wszystko gówno warte itd. “Życie chwilami bywa znośne”. I niby sami sobie kreujemy swoje życie, ale to do końca takie piękne nie jest. Bo to kreowanie zwykle wygląda dość chaotycznie i nie wiemy, który element stanie się kamieniem węgielnym.

Zmieniłam swoje podejście do wielu spraw. Może na lekko bardziej pesymistyczne, ale jednak bliższe prawdzie i temu co czuję tam w środku. Zaczęłam iść na kompromisy pozwalające mi na bycie sobą, a jednak wpasowanie się w odpowiednie sytuacje. Tak już jest i musi być. Nie będzie nigdy we mnie 100% buntu.

Ale… Mam ostatnio poczucie, że porządek i estetyka to jakiś wyrób nienaturalny i plastykowy. Wszystko musi być błyszczące i wypolerowane, zafoliowane i wygładzone. Wszyscy musimy oglądać się z góry na dół, bo estetyka to pierwsze dobro świata. Im dalej sobie idę tym bardziej mam na to wyjebane. Jestem gdzieś pomiędzy. Zaczynam do siebie samej mieć większy dystans, ale w inny sposób niż miałam go 6 lat temu. Może zaczynam poznawać samą siebie od innej strony, może zaczynam się akceptować.

All in all, są chwile złe i gorsze, ale można powiedzieć, że:

Proszę Państwa, mamy harmonię!

 

Toksycznie jest myśleć. A cała reszta to szukanie niemyślenia. 23 Luty 2010

Filed under: Uncategorized — despairriddenheart @ 13:33

Zaraził mnie ktoś nieruchomym, pesymistycznym, chociaż może bardziej realistycznym, spokojem. Kiedy wszystko jest nieruchome i jakoś tak wydaje się niewzruszone. Nieporządek i chaos to tylko wstęp, bo nie da się nic zmienić, uporządkować…

Cholera, znów myślenie jest przytłaczające, a pusta radość znów jest odległa. Przecież ona nie jest zła, przecież nie można żyć mówiąc, że wszystko to pierdolenie, że wszystko jest nieważne. Nie można wyrzec się wszystkiego. Nie można do wszystkiego zdystansować. Bo jeśli jesteśmy daleko od wszystkiego to gdzie właściwie jesteśmy? Matematycznie i fizycznie niemożliwe.

Jestem znów jak ciecz. Dopasowuję się do otoczenia. Dopasowuję się do naczynia, które mnie otacza. Jest niedobrze mi z tym jak z niczym nigdy. Mam wszak swoje dość mocne poglądy. Ale gdy przychodzi co do czego, one się chowają tak głęboko. Za bardzo się boję być w 100% sobą, tak jakby to było za mało, jakbym chciała być kimś więcej. Najgorsze jest to, że gdy ktoś mi to mówi to nigdy się z tym nie zgodzę.

Rozmowy są egoistyczne. Tak naprawdę rozmawia się samemu ze sobą. Dookreśla się.

Tak w temacie:

Wszystko ma swoją formę, liść, drzewo, jaszczurka
Woda w oceanach, jak w czarach spoczywa
Ogień w kominach spala się bezpiecznie
Ziemia zamknięta słowem, krąży po elipsie

Eksplozja

Eksplozja

Powietrze przybiera kształt rzeczy dowolny
Ja wciąż taka sama w gestach mimowolnych
Żyjemy obok siebie spokojnie do chwili
Gdy gniew rozsadza formy, a treść eksploduje

Eksplozja…

Kto powstrzymać może powietrze i wodę
Kto Ziemi rozkaże cofnąć rozżarzoną lawę
Kto stanie na drodze mego zniechęcenia
Do form coraz ciaśniejszych i ich
Przeznaczenia

Eksplozja…

 

Wyspa drzewo zamek 15 Luty 2010

Filed under: Uncategorized — despairriddenheart @ 12:56

Literatura, a może zacznijmy niżej – słowa – nie są w stanie oddać rzeczywistości takiej jaka ona jest naprawdę, kropka w kropkę. Gdybym opisała mój pokój to i tak wyobraziłby sobie go każdy inaczej, a przecież punkt wyjściowy jest pozornie ten sam. Więc jaki jest sens opisywania i mówienia?

Co innego zdjęcie. Zdjęcie oddało by milion szczegółów mojego pokoju i wszyscy by wiedzieli co jest co. Ale jednak coś się tu po drodze mija i nie łączy i nie dlatego, że do zdjęcia musiałabym posprzątać, a do opisu nie. Samo słowo bałagan tu i ówdzie na nikim by nie zrobił wrażenia, bo wyobraziłby sobie to każdy na swój sposób.

A jednak jedyne czym mogę się podzielić to nawet nie opis, a moje własne subiektywne odczucia. Nieskromnie stwierdzę, że są ciekawsze od klasycznego opisu pokoju, czyli typowej twórczości ucznia podstawówki klasy 4.

Patrzę na milion rzeczy, które zgromadziły się tu przez 19-letni okres zamieszkiwania. Patrzę ile zgromadziłam sentymentalnych śmieci. Bo prezent, bo ładne, bo coś się z tym wiąże. Na wpół wypalona świeczka, porcelanowy kotek, który był tu od zawsze, przykurzone kulki do jakiejś gry, zdezelowane skrzypce, które były “od zawsze stare”, wyblakłe karteczki ze skróconymi wzorami mnożenia – ile to musi tu wisieć lat. Jest i też kilka całkiem nowych elementów mniej lub bardziej istotnych.

Patrzę na mój pokój w ten dzień, kiedy słońce to marzenie senne niemalże, kiedy za oknem zamiast zieloności ogródka, widzę śnieg śnieg śnieg. Wspominam czas kiedy słońce świeciło tu mocnym letnim i gorącym promieniem. Wszystko było inne, inaczej wyglądało. Wtedy jeszcze wszystko miało sens. Jakie to dziwne uczucie. Miejsce to samo, ja pozornie ta sama, a odczucia różne o nieskończoność.

 

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.