Hm, piszę bardzo bardzo kontekstowo tą notkę, gdyż słysząc, że można się mnie bać, czytając to co piszę, to aż strach pisać cokolwiek.
Rozdzielmy kilka spraw. Moja “twórczość” (chociaż to pewnie za duże słowo) jest opisem wszystkiego tego co mnie gryzie, smutków, przemyśleń, kryzysów i załamań, których mam sporo. Ale nie jest to całe moje życie. Nie wiem czy da sie określić jak dużą część życia stanowią właśnie takie sprawy. Czasowo pewnie nie tak dużo, ale właśnie na tym opiera się cała reszta. Reszta, która jest definitywnie inna. Reszta, która lubi tworzyć, śmiać się, robić różne rzeczy, odkrywać świat, cieszyć się nim i tym co otacza.
Nie jestem optymistką, ale nie jestem też 100% pesymistką. Moja szklanka jest definitywnie o połowę za duża, a nie pół-pełno-pusta.
Można człowieka ocenić po tym co robi, ale nie można go po tym poznać w 100%. Nie da się poznać człowieka po jego zainteresowaniach, pasjach, po jego dziełach. Można wiele się o nim dowiedzieć, ale nie daje to bezpośredniego wglądu w jego osobę, którą poznaje się przede wszystkim w codziennych sytuacjach. Sytuacjach żadnych. Kontekstowych, ale płytkich, gdzie nie ma wzniosłości i patetyzmu. Gdzie jest jakaś tam czysta cząstka osoby.
Zastanawiam się poważnie, czy w przypadku osoby takiej jak ja, która najsilniej przeżywa chwile depresji, terapia niszcząca depresję nie może zniszczyć intensywności [przeżywania] – co byłoby rozpaczliwym lekarstwem
Edward Thomas
I podpisuję się pod tym zupełnie. Akceptując cząstkę siebie, która chce mieć trochę samotności, trochę swojego smutku, który pozwala spojrzeć na świat inaczej, pozwala go odczuwać w zupełnie inny sposób, można osiągnąć jaką taką stabilność. Przede wszystkim można pozwolić sobie na radość w innym wymiarze nic nie tracąc z siebie. Akceptując niemożliwość osiągnięcia zupełnego i wiecznego szczęścia, można stać się szczęśliwym w znacznie większym zakresem.
Rzekłam.