iustitia said…

Jeden z miliona blogów w tym paskudnym internecie

Jestem nudziarą. 19 Marzec 2010

Filed under: codzienność,muzyka — despairriddenheart @ 19:46

Tyle razy otwierałam to okienko, żeby coś napisać, ale jakoś nie udało mi się to. Tak jakby jeszcze nie wykiełkowało wystarczająco dużo myśli do spisania. Albo jakby to było nieodpowiednie.

Moje życie jest dość standardowe ostatnimi czasy. Urozmaicam sobie go jak mogę, to chyba weszło mi w krew. Zawsze jest coś. Czas mnie nie boli. Jego upływ mnie nie irytuje. Odzyskałam takie poczucie, że moje życie dalej ma taką niepoznawalną dla większości tajemnicę, która dla mnie samej nie jest zbyt jasna do określenia. Bardziej wyczuwalna niż, żebym ją faktycznie znała.

Czytam książkę i mnie nudzi. Pewnie jest ciekawa, ale nie w tym momencie mojego życia. Czytam ją i myślę, że ona nic nie zmieni. Jakkolwiek się nie zakończy, jakby nie była pouczająca to i tak będzie mi czegoś brakować. Przeczytam, oddam, stwierdzę, że to nie to. Zresztą irytuje mnie w wielu książkach takie nadęte przekonanie, że posiadają niesamowitą i niepodważalną prawdę. Tak jakby ta w ogóle istniała niezmiennie i niezaprzeczalnie. Prawdy są zmienne i wiele rzeczy potrzebuje czasu, żeby do nas (mnie) dotrzeć. Czasem bywam głupia przez długi czas i mimo, że się o coś niemal potknę to tego nie zauważę.

Znów czuję jakbym omijała jakiś istotny temat, który i tak jest niewyrażalny. Jaki by ten blog nie był, nigdy nie czuję pełnej wolności słowa. Jakbym go nie pisała, to i tak to co mnie gryzie najgłębiej muszę zaowalować tak, by nie było wykrywalne dla niepowołanych osób. I to jest paradoksalne, bo czasem to nawet by nikogo chyba nie uraziło, że o nim piszę, ale nie lubię mieszać rzeczywistości ze śmietnikiem.

Aha – przepraszam wszystkich, którzy to czytają, za nazwanie tego miejsca śmietnikiem, bo to trochę jest nie w porządku. Ok, określenie nie jest najlepsze. Jest to po prostu miejsce, gdzie wyrzucam z siebie wszelkie myśli nie mieszczące się w głowie. Myślodsiewnia. Może być?

Hm. Cóż. Przechodząc do sedna sprawy… Znów coś ryzykuję, znów żyję w ten sam sposób. Powielam schematy, by udowodnić, że tym razem się nie pomylę. Taką widocznie mam naturę. W ten sposób się rozwijam. To źle? I jest znów jakoś tam nietrywialnie i niebanalnie. Znów życie nabiera trochę innej barwy. Może tak jest lepiej, może najlepiej. A może lepiej wszystkie plany zostawiać w sferze marzeń, bo wtedy nigdy się nie poparzę? Cóż, “Takie oszustwo? Nigdy!”.

Aha, no i niepostrzeżenie minął rok od założenia tego bloga.

A wiecie, że muzyka ma zapach?

I co poradzę na to, że urodziłam się, żeby słuchać Porcupine Tree.

 

Wspomnienie upadku 12 Sierpień 2009

Filed under: muzyka — despairriddenheart @ 13:10
Tags: ,

Zatem dziś będzie prywatnie i przyziemnie, a nawet lekko reklamowo.

Zbliża się jesień, więc tradycyjnie zajrzałam jakie koncerty się szykują. Nie zaskoczyło mnie, że i Closterkeller znów przewiduje trasę, jak co roku. Tyle, że ileż lat już chodzę na ich koncerty z sentymentu. Tak, na tym się wychowałam. Ale – czy nie osiągnęli już punktu krytycznego poprzez próbę wyciśnięcia wszelkiej możliwej kasy poprzez reklamowanie tandety na koncercie i to nie takim znów najtańszym z najtańszych, bo te 30 (o ile pamięć nie myli) na koncert niszowy mało nie jest.

Ale… Nie, nie mogę wyrzucić z pamięci obrazu Anji O., królowej polskiego gothrocka, klasyki od tylu lat, w różowo czarnym lateksie spod którego wypływały fałdy tłuszczu. I ta tandeta na głowie. I te tandetne buty. To bolało. Ale cios przyszedł w momencie, w którym mówi: “Pewnie zastanawiacie się skąd cała ta zmiana i to wszystko. Otóż – możecie kupić to i to, ulotki są też, tam jest stoisko…”. Żenada. Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść. Zachciało jej się na starość szokować i robić sobie obciach.

Bądź co bądź, na tym wiosennym koncercie Artrosis było bezsprzecznie gwiazdą i dali najlepszy koncert, chociaż nie przepadam za nimi jakoś szczególnie.

A teraz rodzi się pytanie – włożyć do kieszeni AnjiO kolejne kilka złotych z mojego biletu, które wyda na lateks lub operację plastyczną czy nie?

A tak było pięknie.

 

Raz na milion lat 23 Czerwiec 2009

Filed under: codzienność,muzyka — despairriddenheart @ 23:03

Tak. Pewnego dnia się wypalę, to pewne. Wszystko się kiedyś kończy i moja kreatywność też kiedyś zgaśnie. Ale ostatnio jednak wybucha dość mocnym płomieniem podsycana różnymi myślami spływającymi zewsząd na mnie. Tak, to bardzo dobre.

Dziś pierwszy raz od bardzo dawna tak się stresowałam przed kolokwium. W tej sesji jeszcze mnie nic tak nie stresowało, nie wiem szczerze powiedziawszy czy w sesji zimowej egzamin, który decydował o moim być czy nie być doprowadzał mnie do takiego stanu. Ale jeśli nie zdam to co? To warunek, to pół wakacji na rycie chorej matematyki, z której na chwile obecną wiem tyle, że jest. Obmyślony plan jest, jak zwykle, wiem wszystko z wyprzedzeniem.

Cholera słucham Republikowego “Raz na milion lat” i powiem Wam – youtube me się zapętlił na ostatnich 8 sekundach. Psychosis 100%. Nie wyłączam tego, bo brzmi genialnie. Mówiłam, że w tym linuxie nic nie chce działać właściwie. Działa jak ja – z jakimiś skrętami psychicznymi. BTW ta piosenka jest piękna, nic dodać nic ująć. Coś faktycznie mam ostatnio powrót do Republiki, po niesłuchaniu ich kilka lat.

Po n-te – ostatnio obezwładniło mnie uczucie “niezdamniezdamNIEZDAM!” i w pewnym momencie zupełnie się uspokoiłam, położyłam na łóżku i czekałam aż myśli same się uspokoją i zamiast pędzić w morderczym tempie przybiorą składny kształt. I przyszło poczucie: “Rób wszystko w 100%. Żyj w 100%. Nie zgadzaj się na kompromisy. Wiedz czego chcesz i idź tam gdzie Cię ciągnie. Wszystko w 100%”. I zamiast użalania się zebrałam się w sobie i powalczyłam z tym co miałam. Przy okazji przyszło kilka pozytywnych myśli – bo one mają to do siebie, że łączą się w stada. I myśli, i zdarzenia.

Podobno tylko raz na milion lat, tak dzieje się…

I mówcie co chcecie, ale zaufania we mnie nie ma ani trochę dla ludzi znajdujących się na czarnej liście.

PS. Czemu (…) q** zapomniałam co tu miało być, ale sobie przypomnę // o jaki miły wskaźnik ^^

 

Bjork 21 Czerwiec 2009

Filed under: muzyka — despairriddenheart @ 11:04

Bjork jest genialna, nigdy nie przestanę tak uważać, ale lepiej by mi zrobiło, gdybym wkońcu ją wyłączyła. Zaczynać dzień od “Play dead” nie jest dobrze. Poza tym polecam posłuchać sobie, którą z jej piosenek patrząc na tekst – w niektórzych chwilach po pierwszym przesłuchaniu byłam pewna, że jest w jakimś miejscu słowo, ale z tekstu wynika, że to słowem nie jest, tylko jakimś nieokreślonym wyciem. Polecam.

A tak na marginesie włączyła mi się piosenka Coldplay “The Scientist”, do której mam spory sentyment. W ogóle pozytywnie mnie zaskoczyła swoją obecnością w jednym filmie – chyba “Apartament” czy coś w tym stylu. Poza tym zawsze lubią Coldplay w filmach – lekki, sensowny, z uczuciem, dający klimat, ale nie zwieszający atmosfery.

Tak – dużo mi lepiej dziś, oświadczam to publicznie. Poza tym idę na regeneracyjny spacer i wracam do kochanych grafów.

Oh, take me back to the start

Definitywnie czas dać trochę spokoju Bjork.

Aha – jakby ktoś chciał pisać lepszy kod, to polecam słuchać Porcupine Tree – doxygena tworzyli słuchając tego (dowód na oficjalnej stronie doxygena w thanks’ach -> google / doxygen / thanks/ ). Kiedyś siedząc na zajęciach to odkryłam i nieomieszkałam podzielić się tym na głos z resztą sali. A w zasadzie z koleżanką, a reszta podsłuchiwała. Nawet prowadzący przybiegł zobaczyć co się dzieje (wyglądający chudziej niż ‘przecinek z ciechocinka’ o ile ktoś jeszcze pamięta tą reklamę).

 

Kolorami dźwięków obraz ci namaluję 6 Czerwiec 2009

Filed under: codzienność,muzyka — despairriddenheart @ 23:03

Siedzę przed pustym formularzykiem na wpisanie kolejnej notki i jeszcze nie wiem o czym ona będzie. Mogłabym napisać o całym mnóstwie rzeczy, jak zwykle zresztą. Tym wyjątkowym razem nie piszę w tym niesłychanym pośpiechu, w jakim ciągle jestem, chociaż nie wiem po co. Jest spokojnie, jest deszcz. Cicho. Gra Closterkeller. Dawno nie słuchałam. A nawet jeśli to bez szczególnej ochoty. A teraz to do mnie przemawia i to jest bardzo zły znak. Bardzo, bardzo zły. “Zaklęta w marmur” piękna piosenka, której słuchałam mając lat 15, będąc mroczną nastolatką (emo jeszcze nie było), pesymistką, szarą osobą z niesamowitą wrażliwością.

Tak, nie potrafię już przeżywać jak kiedyś. I nie umiem umierać z powodów błahych jak kiedyś. Nie umiem mieć już depresji, złę stany to raczej już tylko zmęczenie, jakieś porażki i coś co ma powód. A nie jak wtedy – smutek i mnóstwo myśli, taki natłok myśli, że nie chciały się pomieścić w głowie.

Rany boskie! Były czasy kiedy pocieszeniem było, że przecież życie może się znienacka skończyć, że przecież tak łatwo jest to wszystko zakończyć. A teraz? Teraz cały czas coś robię, nie pozwalam sobie na takie myśli, nie pozwalam sobie na myślenie o życiu, mimo, że i tak ostatnio sporo myślę, bo nie chce mi się z nikim rozmawiać. Chyba nikogo mi nie brakuje, to mnie przeraża! A jeśli tak spędzę całą wieczność? Spełni się mój sen o starości z kotem na kolanach, w starodawnym fotelu z filiżanką aromatycznej herbaty.

Nie uśmiecham się ostatnio. Nastał pewien dzień, kiedy do głowy delikatnie jak mgiełka, jak zapach, wparowała sobie myśl, że “no wreszcie koniec. To już od dziś nie muszę się uśmiechać”. Tak wysoce oddawało to moje odczucia, że nawet nie zastanowiłam się nad absurdalnością tego poglądu. Ale… Faktycznie się prawie nie uśmiecham od wtedy. I kompletnie nie jest mi z tym źle. Ani dobrze, ani źle.

Pławię się w mojej wyuzdanej samotności do granic bólu. Nie wiem jak długo to potrwa. Nie wiem czy to chcę zmienić. Chodzę sobie ulicami i czasem myślę co napiszę w notce. Tak, blog się stał dla mnie ważny. Patrzę na statystyki i mam świadomość, że ktoś to czyta. To mnie motywuje. To mnie wyzwala. Ale z drugiej strony nie piszę przecież dla nikogo. To jak mówienie do siebie na głos – treść dla siebie, ale przecież każdy kto stoi w pobliżu słyszy.

Zauważyłam ostatnio, że są osoby na które mam wysoką tolerancję, ba! lubię z nimi przebywać, jest zawsze o czym pogadać. I zwykle okazuje się, że łączy nas coś więcej – w sensie jakieś wspólne zainteresowanie, coś podobnego nas zachwyciło, jakiś wspólny pogląd, w każdym bądź razie coś silnego i niezaprzeczalnego. W każdym bądź razie wydaje mi się, że ze strony tej drugiej osoby wygląda to podobnie. W każdym bądź razie są ludzie, z którymi moje kontakty nie wyjdą poza pewne granice, choćby dlatego, że się tego boję, że niektóre znajomości to zbyt duże wyzwanie. I nie, nie mówię tu o związkach, chodzeniu za rękę i wielkim uczuciu prowadzącym w wynikowej fazie do ołtarza. Mówię o przyjaźni – nie umiem jej pielęgnować. Nie umiem być przyjaciółką.

Poza tym o mnie trzeba dbać. Póki znajomość jest typowa, jest to tylko rozmowa raz na jakiś czas, to nie ma problemów i nie obrażę się o nic. Ale wszyscy, którzy awansują wyżej, lub już naprawde wysoko… Tak, mają spore wyzwanie.

Odkryłam też ostatnio, że nie wiem o czym rozmawiać z dziewczynami. Z chłopakami zawsze znajdę jakiś temat, zawsze wydaje mi się, że umiem jakoś nakręcić rozmowę. Ale dziewczyny mnie przerastają. Przy większości czuję się jak głupia pipa, która wymyśla najbardziej zjebane rzeczy. Nie przy wszystkich, ale przy większości, a na pewno przy nowo poznanych.

Still I’m feeling blue, I don’t know why
Leave me alone and go
And when I’m alone
I’m gonna find if I really want you, if I love you

Love – jakie banalne i krótkie słowo. Można na torebce naszywkę nosić i nikt nie zwróci uwagi, bo całe życie takie banały nosimy na podkoszulkach, torebkach i wszystkim.

Radość?

Edit: Na co komu dziś wczorajsza miłość. Ale co mam zrobić ze wspomnieniami, których w żaden sposób nie da się usunąć. Wywabić alkoholem się nie dało, próbowałam milion razy. Po co mi to wszystko? I chuj, czas nie leczy ran.

 

Jak mam nazwać notkę, która jest o wszystkim?! 1 Czerwiec 2009

Filed under: codzienność,muzyka — despairriddenheart @ 10:32

Jeśli mam jakoś krótko wyrazić swój stan to pewnie byłoby to zmęczenie. Tak, długie, bolesne zmęczenie, takie, że wiem, że dłużej już nie dałabym rady. Tak. Ostatni tydzień był w zasadzie pełen emocji. Mnóstwo pozytywnej energii (kocham się w coś angażować, robić, koordynować, warsztatować się itd.), ale i ogromny smutek, który na mnie spadł, a którego nie mogę się pozbyć. Bo nie chcę się pozbywać. Nie chcę zapominać tak ot, tylko po to by znów żyło mi się lekko i wesoło. Nie nie.

I muszę przyznać, że pochopnie oceniłam jednego kolegę. Po spędzeniu z nim 2 dni muszę przyznać, że jest jednak bardzo sumiennym, troskliwym i pracowitym człowiekiem, a nie pospolitym, zblazowanym dupkiem. A zdziwiło mnie to jak mało kiedy, bo mój osąd był zupełnie nieprawdziwy, jak mało kiedy niestety.

A jeśli mam sobie coś zarzucić… A mam, to będzie znów brak odwagi, znów czekanie, aż samo wszystko do mnie przyjdzie, tak jakby życie trwało w nieskończoność, jakby przyszłość była pewna i nie było się o co martwić. Nic nie jest pewne na tym świecie poza śmiercią, a akurat jej byśmy chcieli uniknąć. Cóż, ok zrobiłam mały krok, ale malutki, taki jak dla tonącego, co się brzytwy chwyta. I dostałam za to uśmiech. Tylko i aż.

Tak. Czas nadchodzi poświęcić się nauce, sesji i dożyć jakoś do lipca. Mam nieodparte wrażenie, że to będzie przejebany miesiąc. Też macie takie?

(Po 3 kolokwia w każdym tygodniu, 2 zestawy zad do oddania, poprawka z fizyki. Tak, bajer. Kocham te studia)

PS. Aha i czasem dodawałam tu nutę co mi po głowie chodzi, a zaczęła mi wczoraj w nocy chodzić intensywnie po głowie Republika.

nocnym tramwajem porwę cię
na pętlę samą
po tych ciemnościach może być
już tylko jaśniej

Przeczekajmy noc

 

I-Day 23 Maj 2009

Filed under: codzienność,muzyka — despairriddenheart @ 17:12

W środę było sobie takie małe wydarzenie na uczelni, przy którym z chęcią się zakręciłam. Dużo by opowiadać o motywach, przygotowaniach, wszystkich co było przed tym, a to mało istotne w tej chwili. Kilkakrotnie rozmawiałam z koordynatorką i w zasadzie masa drobnych rzeczy organizacyjnych była. Lubię coś robić.

Nadszedł ów dzień. Ech, nie będę nawet mówić o poślizgach czasowych, o spóźnieniach, niedograniu, pretensjach, braku poważnego podejścia u niektórych. Zaczęło się po czasie. Spędziłam pół dnia z akustykiem. Był zmuszony wysłuchiwać mnie przez te kilka godzin, ale w sumie wiele ciekawych rzeczy mi powiedział. Zresztą był nawet całkiem zadowolony z mojej obecności. Skierował mnie do szkoły, o której już wcześniej słyszałam i ha – okazało się że tą szkołę zamykają. No cholera, wkurzyło mnie to solidnie. Byłabym ich najlepszą studentką : )

Wieczorem przyszedł czas na koncert. Kobalt i Batalion d’Amour. Kobalt – muszę przyznać, że wokalista ma nawet niezły głos, dość mocny, ale nie mogłam odpędzić od siebie wrażenia, że sili się na bycie drugim Roguckim (tak, to ten z Comy), kilka smaczków miał typowo z niego ściągnięte. Jesteśmy na nie. Poza tym trochę dziko się zachowywał na scenie – nie mam nic do tego jak się kto zachowuje, ale to było jakieś takie sztuczne i wymuszone. Ludzi za wiele nie było, ale na Batalion zostało jeszcze mniej.

Co do Batalionu – już mi wcześniej coś po głowie chodziło, coś świtało nieśmiało, ale nie chciało przyoblec się w słowa… W momencie kiedy na scenę wyszła wokalistka doznałam niemałego zaskoczenia. Wokalistka to nie kto inny a nasza pani koordynator. O ja pierdole, spędziłam z nią cały dzień, nawet rozmawiając o muzyce w którymś momencie, co za lipa. W każdym bądź razie pierwszy raz na jakimś trÓ koncercie byłam tak zwyczajnie ubrana. Tak! Dokładnie w moje nowe buty, pseudotrampkowe biało-jasnobrązowe (po których wszyscy jadą jakby nie mieli nic do powiedzenia na inne tematy).

Posiedziałam sobie chwile na górze, bo zmęczona byłam przekoszmarnie. Ale potem spojrzałam na ten nieliczny tłum na dole i postanowiłam go zwiększyć. Ogólnie muszę przyznać, że Batalion d’Amour ma całkiem niezłe kawałki. Z rodzimego rock-gothu mają w sobie jednak coś świeższego niż reszta, która jest w większości kopią Closterkellerowkiego stylu zarówno śpiewania, grania jak i całego klimatu. W ogóle całkiem nieźle zagrali cover Depeche Mode “Dream on”, chociaż klimat zupełnie był inny. Tak tak, a Depeche Mode choruje i odwołuje koncerty.

A tak na marginesie, odkryłam w trakcie całego tego dnia, że nie zabrałam ze sobą portfela i nie miałam ani złamanego (albo przepiłowanego) grosza. Zatem nadszedł czas koncertu, miałam ochotę wypić coś, ale za co… Przyszła myśl naturalna dla kobiety złego typu, żeby kogoś sprowokować do postawienie mi piwa. Ale wyszło tak, że jednak mi się odechciało. A zaraz po odechceniu znalazł się kandydat, który co prawda potrzebował 3 piw, żeby do mnie zagadać, ale jednak. I zdałam sobie wtedy sprawę, że coś się we mnie zmieniło. Że faktycznie nie chcę byle czego. Mimo, że przecież to darmowe piwo było… ;-)

Ech, jak sobie wspomnę koncert i niemal pustą salę.. Serce się kraje, wiem co znaczy stać na scenie i śpiewać dla ludzi, którzy są średnio tym zainteresowani, którzy nie mają ochoty się bawić.

Mogłabym pisać jeszcze dużo, ale póki co Wam wystarczy.

 

Moondog 11 Maj 2009

Filed under: muzyka — despairriddenheart @ 23:21

Muszę się podzielić. Wzięło mnie tak na jedną piosenkę, że aż nie mogę się opanować. Słuchając jej, rozumiem o co w niej chodzi, jaki jest jej przekaz. Gdzieś głęboko w duszy rezonują mi te same dźwięki. Mimo innego stylu, mimo wszystko po prostu do mnie trafia jak nic. I brak tekstu – bo jak może chodzić o tekst? W muzyce nie chodzi o tekst, w ogóle. W moim mniemaniu przynajmniej. W ogóle go mogłoby nie być (i to pisze wokalistka…).

http://www.youtube.com/watch?v=jSimbyS_YlA

PS. A tak przy okazji możecie to kojarzyć z jakiejś techno przeróbki, mi się od razu to wydało znajome jak usłyszałam.

 

I jak było na scenie? 4 Maj 2009

Filed under: muzyka — despairriddenheart @ 14:19

Mimo, że od konceru minęło już sporo czasu, ostatnio spotkałam się z pytaniem “Jak Ci tam było na scenie?”. No i cóż – wspomnienie tej chwili dalej we mnie silnie żyje, mimo, że wiem, że czasem te najsilniejsze emocje najszybciej umierają. “Denerwowałaś się?” Tak jak i zawsze życiem, ale wiem, że bardziej stresowałam się egzaminem z algebry takiej przykładowo niż koncertem. Przed samym koncertem trochę się stresowałam, ale już pół godziny przed było w porządku.

Aż stanęłam na scenie i poczułam – to jest to miejsce. To jest moje miejsce. Zostałam stworzona, żeby być na scenie. A jednak przez kolejnych kilka miesięcy nie zrobiłam zbyt wiele by być wyżej. Tak, na początku to była sesja, jasne ważna sprawa. Ale potem ciąg wymówek, tylko po to by spierdolić to co ważne i co czuję w środku. Wiem, że nikt lub prawie nikt mi nie pomaga w śpiewaniu, dla większości to idiotyczna fanaberia. Cholera, zaczynam chwilami w to wierzyć, zamiast z takim myśleniem walczyć.

A z drugiej strony ost. 2 miesiące spędziłam na użeraniu się ze studiami, depresją chwilami, a chwilami nadmiernym szczęściem. Bo nie umiem prosto żyć. Nic nie może być po prostu. No i znów chyba zbyt bardzo skupiłam swoje myśli w jednym kierunku co nie pozwoliło mi się rozwijać. A cóż – widocznie, żeby rozwinąć skrzydła potrzebuję dużo, dużo przestrzeni.

Jolene, Jolene, Jolene, Jolene!
And I cannot compete with you, Jolene!
-> zajebista piosenka Dolly Parton (w wersji Antimatter też cudo)

 

Antimatterowo 17 Kwiecień 2009

Filed under: muzyka — despairriddenheart @ 22:12

“Mam wrażenie, że Ty się za bardzo stresujesz, Justyno.” I z tym wrażeniem muszę się zgodzić. O tak, wielu kobietom na scenie brakuje pewności siebie. I wiele na tym tracą. Podobno wszystkim wokalistom brakuje tej mocy, ale jakoś jednak u kobiet mocniej mi się to narzuciło. Może dlatego, że więcej zwracam na to uwagę.

Ogólnie respekt dla Micka Mossa z Antimatter, który urzekł mnie swoim głosem na żywo. Bo zaśpiewać głośno, szeroko, mocno można. Ale przejść z delikatnego lekkiego śpiewu w maximum mocy w sposób nagły i wypełniający całą salę dźwiękiem to już trzeba mieć to coś.

Oj śpiewnie było i muzycznie ostatnio. I chyba ta mała zazdrosna dziewczynka, którą jestem, zaczyna dorastać. I zauważać więcej. I widzieć, że nie zawsze liczy się tylko by być najlepszym. Czasem trzeba tworzyć zespół i niekoniecznie nim zarządzać. Czasem zbyt mi brakuje pokory. A dzięki temu mniej moge się nauczyć.

No cóż – tak po prostu jest. Sama wybrałam sobie swój los. To, że znajduję się w takim punkcie wszechświata to wyłącznie moja wina / zasługa. Ale to tylko punkt pośredni między tym co było a tym co będzie. Do dzieła, chociaż aż mnie serce boli jak na czekające mnie sprawy popatrzę…

BTW. zobaczyłam ost. na forum temat ‘sesja letnia’…

 

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.