Nie piszę prawie dwa miesiące i można nawet powiedzieć, że nie mam nic do przekazania. Może to co mam do przekazania nie można ubrać w słowa. Może tego nie można opowiedzieć publicznie i bezosobowo wystawiając ołtarz swojemu domniemanemu cierpieniu.
Nie, nie narzekam na życie. Nie uważam, żeby było źle. Robi się conajwyżej nijako. NIe umiem wrócić do jakiejś mniej więcej harmonii. Coś za silnie mnie z niej wyrwało. Coś za silnie wywarło wpływ na mnie. Coś zaskoczyło mnie jak od dawna nic. Przyzwyczajam się, że wszystko widziałam, że już nie można mnie zranić. Że nauczyłam się tak chować to czego nie chcę stracić, że nauczyłam się bronić. Ale nigdy nie jest tak, że wszystkie możliwości zostały przewidziane i przeżyte.
Nie umiem pisać, bo wciąż żyję jakąś niedorzeczną historią, która trwała można powiedzieć przez oka mgnienie.
Zdecydowanie robi się jesiennie i z niechęcią przyznaję, że mimo, że jesieni nie lubię, gdy nadchodzi, to zaczynam się w niej odnajdywać… Ale to wcale nie jest dobre. Bo w jesieni to się chyba tylko negatywnie można odnaleźć.