Przeglądam notki, listy, maile, rozmowy dawne, bliskie i wszelakie. Jak to jest, że tyle rzeczy wydaje się nieaktualnych. Tematy rozmów które napędzały dyskusje na godziny teraz w ogóle nie poruszają do myślenia. Nad wieloma rzeczami przechodzę spokojnie. Change is only constant. Idźmy dalej idźmy.
To wszystko… Wydaje sie takie znajome. Tylko dlaczego w ogóle nic mnie nie dziwi. Nic nie zmusza do życia. Wpółprzymknięte oczy i podejście, że wszystko takie jest i inne nie będzie.
Jest mi pesymistycznie, bo wygrzebuję rzeczy niezmienne, które zwykle tkwią głęboko zakopane. Ale wszystko tradycyjnie dzieje się poza mną, leci tradycyjnymi schematami. Nawet nie walczę, bo wiem, że jedynym lekiem jest czas, który płynie nieuchronnie i wydobędzie mnie z martwego punktu. Jakie obrzydliwe jest tkwienie w marazmie na który nie da się nic zaradzić i tylko zmiana będąca poza moim obecnym zasięgiem może mnie stąd zabrać.
Może dlatego jestem wiecznie nieszczęśliwa. Bo martwe punkty wracają i te ważne długofalowe cele musza zostać odłożone na potem.
Może za duża ilość presji wytrąca mnie z równowagi, że mam zachowania (bądź chęci zachowań) biegania z nożem (nie moje słowa, nie moje). Może stres wtłacza mi szaleństwo, bo w nim jest metoda. Może.
Jakie to okrutne, że ilektoć otwieram to okienko chcę porozmawiać z Tobą. Ale to nie działa. Chcę być w książce z dobrym zakończeniem